Obywatele to nie poddani

Drukuj E-mail
Utworzono: środa, 04, wrzesień 2013 20:55

 

Antyzwiązkowa propaganda w ostatnich miesiącach przybrała na sile. To wojna prewencyjna wywołana przez establishment polityczno-biznesowy. Wynika ona z obawy, że związki zawodowe staną na czele ruchu obywatelskiego, który wymusi zmiany w systemie polityczno-gospodarczym w Polsce.

Hasło zmian systemowych padło blisko rok temu na Śląsku i w Zagłębiu. Związki zawodowe działające w tym regionie uświadomiły establishmentowi, że ci potulni, bojący się o pracę, spłacający kredyty pracownicy są w stanie zorganizować się i powiedzieć: „dość”. Dlatego pracująca wytrwale od bliska ćwierćwiecza propagandowa machina antyzwiązkowa postanowiła nasilić ostrzał. Zjednoczenie central związkowych na poziomie ogólnopolskim wywołało wręcz furię. Wiodące media tzw. głównego nurtu ścigają się w obrzydzaniu polskiemu pracownikowi związków zawodowych. Używają szerokiego wachlarza środków. Od prymitywnych, tabloidowych przedstawień przeciętnego związkowca jako brzuchatego, wąsatego faceta, któremu się robić nie chce, po mętne analizy tzw. ekspertów mówiące o rzekomo nadmiernych przywilejach pracowniczych i związkowych.                                      

Dlaczego nie może być normalnie?

Propaganda ta uderza w znane struny. Wykorzystuje głęboko zakorzenione kompleksy Polaków wobec Europy Zachodniej. Na szczęście Polacy powoli gubią te kompleksy. To jeden z niewielu pozytywnych aspektów wielkiej emigracji zarobkowej. Nie równoważy on w żadnym stopniu strat spowodowanych faktem, że 2,5 mln Polaków, w większości prawdopodobnie na stałe opuściło rodzinny kraj, ale ta emigracja otworzyła ludziom oczy. Emigranci zobaczyli, że wbrew temu, co się im wmawiało
w kraju, są dobrymi pracownikami. Okazało się, że za granicą za pensję można się utrzymać, założyć rodzinę, mieć mieszkanie, w dodatku zostaje na wakacje, rozrywkę i jeszcze część można odłożyć. Za pensję zwykłego pracownika, a nie biznesmena. Okazało się, że przedsiębiorca może traktować pracownika jak partnera, że państwo pracownika chroni. To doświadczenie jest przekazywane do Polski. W głowach tych, którzy w rodzinnym kraju zostali, zakiełkowała frustracja. Dlaczego u nas tak nie może być!? Co stoi na przeszkodzie!? Odpowiedź jest oczywiście złożona, ale mówiąc w skrócie - winien jest system polityczno-gospodarczy Polski, który został tak skonstruowany, że obywatel jest traktowany jak poddany, klient jak petent,
a pracownik jak niewolnik.

Niby pracodawcy

Przedstawiciele niektórych organizacji pracodawców, którzy uczestniczą w nagonce na związki zawodowe, a wręcz tę nagonkę inspirują, to raczej urzędnicy biznesowo-politycznego lobby, a nie pracodawcy we właściwym znaczeniu tego słowa. I oni walczą o utrzymanie obecnego systemu, w którym pożądanym modelem stosunków pracodawca - pracownik jest model pan - niewolnik. Odpowiedzialny pracodawca o horyzontach szerszych niż perspektywa kupna kolejnej drogiej zabawki ma świadomość, że powodzenie jego przedsięwzięć zależy od pracowników. I preferuje model, w którym pracodawca i pracownik to partnerzy. Wie, że choć naturalnym jest, iż pracodawca chce pracę kupić jak najtaniej, a pracownik jak najdrożej swoją pracę sprzedać, to wszystko musi mieć określone ramy, granice. Poza tymi granicami jest wyzysk i oszustwo.

Nieudolność czy interes

W Polsce te granice nie są niestety respektowane. Nawet jeśli teoretycznie są zapisane w prawie, to w praktyce szlabany są nagminnie łamane. W dodatku te znikome w porównaniu do pracowników z krajów zachodnioeuropejskich uprawnienia są po kawałku zabierane polskim pracownikom. Temu wszystkiemu towarzyszy marne rządzenie państwem przez niezmieniający się od lat układ polityczny. Ten układ jest skuteczny w realizacji swoich krótkookresowych interesów, ewidentnie powiązanych z interesami rozmaitych biznesowych lobbies. Natomiast w realizacji interesów państwa polskiego, polskiej gospodarki i polskiego społeczeństwa jest on zadziwiająco wręcz nieudolny. Tak zadziwiająco, że aż trudno uwierzyć, że to tylko nieudolność. Przy czym, co warto podkreślić, polski przedsiębiorca niepowiązany z rozdającym karty układem polityczno-biznesowym też jest ofiarą tego systemu. Państwo pokazało już nieraz, że potrafi takiego przedsiębiorcę po prostu zniszczyć ze zdumiewającą skutecznością. O tym, że byle urzędnik państwowej czy samorządowej władzy zamiast służyć i pomagać, próbuje na każdym kroku udowodnić obywatelowi, że urzędnik obywatela do szczęścia nie potrzebuje, to już nawet szkoda wspominać.

Droga do normalności

Związki zawodowe to ostatnia zorganizowana siła społeczna, która może stawić opór temu systemowi i go zmienić. Sam fakt, że związkowcy potrafili zjednoczyć się i wspólnie wystąpić w obronie praw pracowniczych, związkowych i obywatelskich jest tego najlepszym dowodem. Jednak ruch związkowy potrzebuje szerokiego poparcia zarówno ze strony pracowników niezrzeszonych w związkach zawodowych, jak i przedsiębiorców niepowiązanych z tym zabetonowanym układem polityczno-biznesowym oraz środowisk politycznych, które ten system też chcą zmienić. Nie ma co liczyć, że dojdzie do cudu, że obecny establishment samoistnie się ucywilizuje i zacznie ludzi szanować. Ten szacunek - chcąc, nie chcąc - trzeba sobie wywalczyć.

Dominik Kolorz  Przewodniczący Zarządu Regionu Śląsko-Dąbrowskiego NSZZ Solidarność

 

 

 

 

Ta strona używa Cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki